Zdradzone miłości, cz. I – Euphoria: Build A Better Dystopia

peknieteserceWalentynki już za nami. Serca – plastikowe, wołowe, animowane, zakochane – zaświeciły swoimi urokliwymi lampeczkami po raz ostatni, by wreszcie zamigotać, zgasnąć i zniknąć na zawsze. Albo przynajmniej do przyszłego roku, gdy trzeba będzie znowu wyjąć dekoracje na 14 lutego. Całe to zamieszanie (któremu oczywiście wbrew stosownym deklaracjom i ironicznym uśmieszkom uległem) wprawiło mnie w stan pewnego rodzaju zadumy. W końcu, jakby nie patrzeć, naprawdę lubię grać planszówki. Uwielbiam. A może nawet… kocham? Z jakiegoś jednak powodu jest tak, że ogromna większość gier, które przewijają się przez moją kolekcję, zostaje zagrana raz, może dwa razy, a potem wędrują zapomniane na półkę, aż wreszcie przyznam sam przed sobą, że już w nie nie zagram i trafiają na sprzedaż lub wymianę. Najgorsze jest to, że mnie się te gry naprawdę podobają. Dostają 8/10, 9/10. A potem… płomienne uczucie wygasa, gra idzie w odstawkę, znajduję sobie nową miłość. Kochliwy jestem? Może jestem. A może to z tymi grami jednak coś jest nie tak?

euphoriaNiniejszym otwieram nowy cykl pod tytułem „Zdradzone miłości”, w którym będę próbował odpowiedzieć na proste pytanie: „Dlaczego musiałem z Tobą zerwać?”. Na pierwszy ogień Kickstarterowa nowinka: Euphoria, Build A Better Dystopia.

Przepiękne elementy Euphorii

Przepiękne elementy Euphorii

Tak mi wstyd, strasznie wstyd, lecz zakochałem się

W moje ręce wpadła najbardziej ekskluzywna wersja gry – Kickstarterowe Supreme Edition. W pudełku aż kipiało od niesamowicie wykonanych elementów. Pozłacane, ciężkie i metalowe sztabki złota, chropowate bure cegły, połyskujące kamienie. Do tego dwa zestawy kart – jedne z pełnymi grafikami, drugie ze szkicami. Drewniane gwiazdki razem z tekturowymi – do wyboru. Plansza dwustronna, żebyśmy sobie mogli wybrać bardziej pasującą nam grafikę. Śliczne kości. Gra prezentuje się na stole naprawdę tak, że nie da się oderwać od niej oczu, jest piękna.

Antyutopia - temat-marzenie!

Antyutopia – temat-marzenie!

Dodatkowo, tematyka gry jest mi wyjątkowo bliska. Antyutopia? 1984, Wodnikowe Wzgórze, Człowiek z Wysokiego Zamku, Nowy Wspaniały Świat, Limes Inferior, Fahrenheit, Folwark Zwierzęcy… mogę tak wymieniać i wymieniać. O ukochanym kinie sci-fi nawet nie będę wspominał.

Mechanika? Worker placement na wyścigi – kto pierwszy osiągnie cel, jakim jest umieszczenie wszystkich swoich dziesięciu gwiazdek – punktów autorytetu – na planszy, wygrywa. Aby to zrobić musi umiejętnie dysponować swoimi robotnikami, reprezentowanymi przez… kostki! A więc ukochane przeze mnie zarządzanie kośćmi, jak w Zamkach Burgundii! Miód malina!

Kryzys związku – studium przypadku

Zagrałem dwie partie, jedną w cztery osoby, drugą w dwie. Było znakomicie. Ocena na Board Game Geek – 9/10. Prawdziwa miłość. Ale… już nigdy nie otworzyłem ponownie pudełka. Po kilku tygodniach zrozumiałem, że moje uczucie wygasło i gra poszła na sprzedaż. Dlaczego tak się stało?

Po pierwsze, choć instrukcja jest dobrze i w miarę przejrzyście napisana, to brakuje jakiegoś podsumowania, przez co grałem z dwiema wypaczonymi zasadami. Co prawda zwiększyły one znacznie przyjemność z rozgrywki (zmniejszając losowość), ale świadomość, że miałbym zagrać na prawidłowych zasadach i być może zepsuć sobie dobre wrażenie z gry, nie pozwalała mi po prostu otworzyć pudełka. Cały czas boję się, że to będą ładnie opakowani Osadnicy z Catanu, którzy już mnie nie bawią.

Wszystko pięknie, tylko po co?

Wszystko pięknie, tylko po co?

Po drugie i tak naprawdę najważniejsze, nie wszystko złoto, co się świeci. Gra jest pięknie wydana i zdaje się być naprawdę wyjątkowym, głębokim tytułem. Jednak jeśli pominiemy wrażenia estetyczne, zostajemy z dość schematycznym worker placementem, w którym różne fajerwerki (jak piękne, różnorodne artefakty, czy choćby kopanie tuneli) tak naprawdę mają bardzo niewielki wpływ na grę, można by powiedzieć, że są na doczepkę, są zbędnymi, barokowymi ozdóbkami, zaciemniającymi smutny obraz – to zwykły tytuł. Zwykła gra. Grałem już w kilka takich, albo kilkanaście. Dlaczego więc dałem się uwieść tej? Może to cena, która jest bardzo wysoka i wpycha w pułapkę utopionych kosztów (skoro już tyle w nią wsadziłem, to musi mi się podobać, inaczej wyjdę na głupka)? Może piękne wykonanie, które wywołuje ochy i achy u wszystkich, którzy grę widzą? A może magia Board Game Geeka, na którym Euphoria dostała wysokie oceny? Może wreszcie zostałem zmamiony rzekomym citybuildingiem, którego jednak w grze tak naprawdę w ogóle nie czuć?

Nie żałuję, że miałem Euphorię. To było fajne doświadczenie, móc sobie uświadomić, jak często kupujemy coś oczami, a nie sercem czy rozumem. No i cudnie było móc sobie poprzerzucać sztabki złota. Jedno jest pewne: Euphorio. Nie kocham Cię. Nie możemy być już razem. Przepraszam.

  • lacki2000

    Nazwa gry adekwatna do twego uczucia względem niej :) Właściwie to się zastanawiam czy poprzez taką nazwę autorzy sami sobie nie strzelili w stopę…

    • Też o tym myślałem ;) Z drugiej strony wiesz, jak u Orwella było Ministerstwo Miłości, to tutaj masz Euforię. Bajkę akurat kupuję, ale gorzej, że jak dla mnie to oni powinni raczej książki pisać a nie gry robić :)

  • Agata Smaruje

    Kubusiu, masz skażony mózg, zbyt wiele pudełek w swym życiu otworzyłeś. przykro mi, świat już nigdy nie będzie taki sam. i miłości też już nie będą szczeniackie i na zabój ;) tematyka również mi bliska, wymieniłeś moich dwóch ulubionych autorów :)

    • Agata, to nie tak, ja jestem wciąż głodny nowych gier i nic nie sprawia mi większej frajdy niż poznanie nowego tytułu. Jednak w tym natłoku nowości niektóre okazują się być złotem głupców ;)

  • palmerZnadPlanszy

    Też prawię się skusiłem, jak widziałem ile rzeczy dodają na KS. Jednak rzut oka na instrukcję ostudził zapał. Gra jakich mnóstwo, niby temat dobry, ale w mechanikę wbity gwoździami.