Rozwiązanie konkursu z okazji Dnia Dziecka

Zrzut ekranu 2016-05-31 o 21.25.42Bardzo Wam dziękuję za wszystkie odpowiedzi! Chińczyk, Scrabble, Fortuna – wywołaliście falę cudnych wspomnień! Ale zwycięzca może być tylko jeden. Tym razem zostaje nim Kolja Mi za historię o kocu i klatce schodowej! Przypomniało mi to, jak po nocach grałyśmy z moją przyjaciółką Agnieszką w Maklera giełdowego. Nie jestem pewna, czy taka właśnie była nazwa tej gry, ale spędzałyśmy godziny przy hossach, bessach i bogaceniu się (bądź spektakularnych bankructwach). Jeśli chcecie przeczytać całą wypowiedź Kolji, zapraszam tutaj.

Kolja Mi Kiedy byłem dzieckiem, tzw. „za bajtla”, gry planszowe raczkowały w Polsce. Albo tak mi się wydawało. Teraz, po latach wiem, że gier było sporo, nawet tych rodzimych, a najwięcej to tych „podrobionych”, o wątpliwej legalności w świetle praw autorskich. Ale w tamtych czasach nie było internetu. Komputery to była rzadkość. Właściwie jedynym źródłem informacji była telegazeta  :)  No i jeden, słownie jeden, sklep w 200 tys. mieście, który oferował coś więcej niż puzzle. Teraz wspominam te wszystkie pytania do sprzedawcy, który nie miał pojęcia o grach planszowych.. Więc albo braliśmy informacje się metoda „szeptaną”, czyli zasłyszane na podwórku, albo snuliśmy domysły. Taką własnie metoda, (ktoś podpatrzył u kuzyna, w większym mieście) trafił do nas Magiczny Miecz z wydawnictwa Sfera. Wtedy uważaliśmy, że jest to oryginalne wydanie, a te wszystkie Magie i Miecze to są zdecydowanie gorsze podróbki, w które niewarto grać. Dalej mi się uśmiecha buzia, kiedy myślę o o tych wszystkich godzinach spędzonych na rozłożonym kocu na klatce schodowej. Z czasem każdy kupił po dodatku, mieliśmy wszystkie (poza Magią, bo o jej istnieniu dowiedziałem się niedawno – tak jak pisałem, ciężko było o informacje). Po ich rozłożeniu zajmowaliśmy praktycznie całe piętro, a muszę stwierdzić, że klatka była całkiem spora. Wciąż się dziwimy z kolegami, jak nam się to udawało, kiedy szedł jakiś sąsiad, który chciał przejść, a my pospiesznie usuwaliśmy te małe, okropne kartonowe żetoniki. Że tez nikt nam nie zwracał uwagi… powiem lepiej, nie raz zdarzało się, że któraś z sąsiadek przynosiła kompot albo ciasteczka  :)
Tamte czasy tak nam miło zapadły w pamięci, że jakieś pół roku temu, przy okazji spotkania „po latach”, stwierdziliśmy z kolegami, że fajnie byłoby zagrać jeszcze raz. Załatwiłem Talisman z dodatkami, bo nasze wyświechtane gry dzieciństwa poginęły w otchłani czasu (albo zjadł je pies) i wróciliśmy na ta pamiętną klatkę schodową.
Niestety tym razem nie było tak fajnie. Sąsiedzi już nie ci sami, co rusz któryś wyskakiwał z niezadowoleniem. Żadnych uśmiechów. Żadnych ciastek. Gdyby przynajmniej jakiś kompot był. A tu nic. I gra nie ta sama. Zgodnie stwierdziliśmy, że gry typu Talisman nie należą do naszych ulubionych, że teraz żadne z nas w to już by nie zagrał… ale sentyment zobowiązywał. Jednak ograniczenia czasowe, wszak każdy z nas ma już swoje rodziny, spowodowały że nie dokończyliśmy partii. I chyba dobrze. Po co psuć te wspaniałe wspomnienia. Niech tak zostanie. Koc. Klatka schodowa. Gry. I koledzy.