Planszówki na tablecie

e-planszówkiDawno, dawno temu, za siedmioma górami i trzema metra stacjami, mieszkali oni. We dwoje. Zakochani w planszówkach bez pamięci, kupowali coraz to nowe pudła i z coraz większym trudem upychali je butem do szafy. Rozgrywali kilkaset partii rocznie i wciąż mieli apetyt na więcej. A potem pojawił się On. Ten trzeci. Partie rozgrywały się coraz rzadziej, coraz trudniej było im zmobilizować się do rozłożenia planszy, ale przecież stara miłość nie rdzewieje, prawda?

Dziś, dwa lata po powitaniu na świecie całkiem już sporego i rozumnego młodego człowieka, ona i on grają razem okazjonalnie. Bardzo rzadko, od czasu do czasu, od święta i od wielkiego dzwonu. I choć wspólne statystyki są tak mizerne, że nie warto ich nawet przywoływać, każde z nich po cichu nabija własne. Grają przy porannej kawie, w podróży, w przerwie pomiędzy innymi zajęciami. A gdy nadejdzie noc, a oni ułożą się do małżeńskiego łoża, zaczyna się… codzienny festiwal gier planszowych. Tyle że nie na planszy. No, na takiej wirtualnej.

Moje pierwsze spotkania z planszówkami w wersji elektronicznej były pełne rezerwy. Wszystko niby podobnie, a jednak całkiem inaczej. Oswojenie się z grafiką i nowym sposobem rozgrywki zajęło mi trochę czasu, ale teraz nie potrafię już sobie przypomnieć, jak wyglądał mój świat bez tabletowego Ticket To Ride czy Agricoli. W gry planszowe na tablecie (lub telefonie) gra się zupełnie inaczej. Dużo szybciej, często też dużo łatwiej. Z pewnością zachwyceni będą ci, których nic na świecie nie irytuje bardziej od przeciwnika w nieskończoność obmyślającego swój ruch. Komputer myśli szybciej od nas, szybciej też rozkłada pionki i karty, kiedy chcecie rozegrać kolejną partię. My używamy sprzętów Apple, dlatego opowiem Wam o tym, w co można grać na platformie iOS. Androidowcy – wybaczcie!

Oto moi faworyci:

Agricola

zdjęcie 2Na tabletową wersję Agricoli czekałam bardzo niecierpliwie. Gdy poznałam datę premiery, do niecierpliwości dołączyło nerwowe przebieranie nogami. Ale pierwsze spotkanie było trudne. Na wirtualnej planszy panował chaos, nie mogłam się odnaleźć, było tak bardzo inaczej niż zwykle… Trochę czasu zajęło mi oswojenie się z interfejsem. Obraz nie jest do końca czytelny, bo na ekranie nie mieści się cała plansza. Trzeba ją przesuwać palcami, co najpierw powodowało dyskomfort, ale potem zupełnie przestało mi przeszkadzać. Gracze komputerowi mają różne poziomy trudności – z łatwymi łatwo wygrać, ale bardzo zaawansowani trochę nas wymęczą, nim ogłosimy zwycięstwo.

 

Le Havre

zdjęcie 4Sytuacja zupełnie odwrotna niż w Agricoli. To była miłość od pierwszej rozgrywki! Przejrzysty układ, wszystko idzie sprawnie, wszystko pięknie widoczne. Havre’a w świecie realnym rozkłada się dość długo, a rozgrywka toczy się leniwie przez kilka godzin. Tu możemy poznać wyniki już po 30 minutach. Można włączyć tryb podpowiedzi i ostrzeganie przed możliwą klęską głodową. To ułatwia, ale i tak lekko nie jest. Gracze komputerowi to godni rywale – mają kilka poziomów trudności i nawet na najłatwiejszym ciężko z nimi wygrać! Kiedy jestem zmęczona, nigdy nie zabieram się za Le Havre, bo niemoc pokonania zbyt mądralińskich rywali ogromnie mnie frustruje. Grze dodaje uroku francuska muzyka i dźwięk statku z chlupotem pokonującego kanał portowy.

 

Ticket To Ride

zdjęcie 1Ta gra w wersji elektronicznej zmienia się całkowicie. Jest bardzo prosta i krótka, można rozgrywać ją jak partię Sapera. I jeszcze raz, i jeszcze, i może jeszcze trzy? Dzieje się tak dlatego, że – w przeciwieństwie do wersji bez prądu – nie musimy znać geografii ani zapamiętywać połączeń, które mamy uruchomić. Wszystko jest podane na tacy: komputer podświetla każde miasto docelowe tak, że przed oczami mamy siatkę punktów, które po prostu trzeba połączyć ze sobą za pomocą kolorowych wagonów. Łatwizna i przyjemnizna. Dummy playerzy nie są bardzo wymagający, a żeby nie było nudno, możecie dokupować dodatki.

 

Kingdom Builder

zdjęcie 3Gdy po raz pierwszy (i ostatni) zagrałam w analogowego Kingdom Buildera, miałam wrażenie, że nie ogarniam tego, co się dzieje. Droga Board Game Girl wraz z Ekspertem z Laboratorium Zasad stawiali chałupy jakoś szybciej i sprawniej, a ja ciągle nie mogłam się rozstawić tam, gdzie bym sobie tego życzyła. Kiedy odkryłam, że istnieje wersja na iPada, prędko poczyniłam zakupy. Kingdom Builder w tym wydaniu jest bardzo przejrzysty. Mam lepszy obraz tego, co dzieje się na planszy – komu jak idzie i gdzie brakuje moich domków. Podpowiedzią, która może zdenerwować analogowych ortodoksów, jest podświetlanie miejsc, w których mogę się rozstawić po wylosowaniu karty terenu. Dla mnie nie jest to żaden cheat – przecież i tak przy uważnym przeciwniku nie mogłabym tego zrobić nielegalnie – za to bardzo przyspiesza rozgrywkę. Komputer jest niegłupim przeciwnikiem – nawet w trybie Easy nie wygrywa się z nim bez wysiłku. Na wyższych poziomach trudności zwycięstwo jest coraz odleglejsze, ale też bardziej satysfakcjonujące. No i fajne jest to, że ktoś za nas podlicza punkty na koniec. Przy tradycyjnej rozgrywce łatwo się pogubić w obliczeniach.

 

Lords Of Waterdeep

zdjęcie 5Ta gra w tradycyjnym wydaniu oczarowała mnie i mojego męża. Wreszcie na naszym stole pojawiła się gra osadzona w klasycznych realiach fantasy – w tym przypadku chodzi o starsze niż węgiel Dungeons & Dragons. Mechanika Lords Of Waterdeep to nic nowego: prosty, mało stresujący worker placement, którego siła tkwi w tym, że zawsze mamy ręce pełne roboty. Nie ma zmarnowanych ruchów, nie ma rund, o których lepiej zapomnieć. Czasu ciągle jest za mało, a pracownicy zasuwają po planszy jak mrówki w mrowisku. Wersja tabletowa jest bardzo estetyczna i zbliżona do oryginału. Tu, podobnie jak w Agricoli, trzeba przewijać ekran, ale mam wrażenie, że łatwiej się do tego przyzwyczaić. Komputerowy przeciwnik daje popalić, dlatego każda wygrana jest ogromnie satysfakcjonująca.

 

Ascension: Chronicles Of The Godslayer

zdjęcieKarcianka, w którą grałam milion dziewięćset razy. Pozornie całkiem nie moja bajka – gra jest bardzo chłopięca i teoretycznie to zmagania rozmaitych kreatur uzbrojonych w tony magicznych przedmiotów. Ale jak to często z karciankami bywa, tematyka jest tu doklejona nieco na siłę. Równie dobrze mogłaby to być gra o dzielnych ogrodnikach lub walecznych monterach AGD – i tak chodzi o mechanikę, a ta jest doskonała. Moim zdaniem to bezpośredni konkurent Dominiona i wcale od niego jakościowo nie odstaje. Zaleta wersji iPadowej to tempo rozgrywki i jego dynamika. Jeśli zbrzydnie Wam wersja podstawowa, developer z radością udostępni dodatki. Oczywiście za niewielką opłatą.

 

Planszówki na tablecie rozwiązują też bardzo poważne problemy małżeńsko-towarzyskie. Podczas gdy ja do woli rozmnażam krowy, kładę tory kolejowe i zatrudniam podejrzanych typów do czarnej roboty w mieście Waterdeep, mój mąż w spokoju może napawać się rozgrywkami w ukochany Eufrat i Tygrys (lub, jak wolicie, Euphrates & Tigris) lub Neuroshimę Hex. Mój mózg nie trawi zbyt dobrze obu tych gier – potrafię w nie grać, potrafię nawet wygrać, ale przegrzewają mi się kable, a na koniec para idzie uszami. Nie lubię, nie mogę, męczę się. Więc gra sobie ten Mój Jedyny, ja sobie gram, wszyscyśmy szczęśliwi.

PS Z niecierpliwością czekam na wirtualne Zamki Burgundii. Już się robią, więc dobra nasza!

 ________________________________________ 

Inne gry planszowe, które możecie kupić na platformę iOS:

Eclipse, San Juan, Magic The Gathering, Talisman, Elder Sign, Caylus, Carcassonne, Puerto Rico, Stone Age, Suburbia, Osadnicy z Catanu.