Konkurs z okazji Dnia Dziecka! Do wygrania Quizwanie!

Zrzut ekranu 2016-05-31 o 21.25.42Pamiętacie, w co najbardziej lubiliście grać, gdy byliście dziećmi? Jakie planszówki wtedy królowały na stołach? Co miały w sobie magicznego? Podzielcie się swoimi wspomnieniami! Najciekawsza, najbardziej wyjątkowa odpowiedź zostanie nagrodzona grą planszową Quizwanie, wydaną przez TM Toys! :) 

Na odpowiedzi czekamy tutaj w komentarzach pod notką lub pod wpisem konkursowym na Facebooku. Konkurs trwa tylko w Dzień Dziecka (1 czerwca) do godziny 23.59. Czasu jest więc mało!

__________________________________

Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu „Z okazji Dnia Dziecka” jest BoardGameGirl.pl.

2. Konkurs trwa od środy, 01.06.2016 r. od momentu opublikowania wpisu ogłaszającego rozpoczęcie konkursu, do północy do godziny 23:59 tego dnia.

3. Konkurs polega na napisaniu w komentarzu pod wpisem konkursowym  (komentarz można zamieścić na stronie BoardGameGirl.pl lub na www.facebook.com/BoardGameGirl) jakie gry planszowe wspominamy ze swojego dzieciństwa najlepiej i dlaczego.

4. Zgłoszenia konkursowe będą oceniane przez jury, w skład którego wchodzi redakcja strony www.BoardGameGirl.pl. Wygra 1 najciekawsza odpowiedź.

5. W Konkursie można wygrać nagrodę w postaci gry „Quizwanie”.

6. Wraz z przesłaniem zgłoszenia Uczestnik konkursu wyraża zgodę na nieodpłatną publikację zgłoszenia na blogu czy innych stronach internetowych.

7. Zwycięzca zostanie ogłoszony w formie wpisu na blogu Board Game Girl w ciągu 5 (pięciu) dni od momentu zakończenia Konkursu.

8. Zwycięzca zobowiązany jest wysłać w ciągu 10 (dziesięciu) dni roboczych od ogłoszenia zwycięzcy, swój adres korespondencyjny wraz z telefonem kontaktowym na adres: ania[małpka]boardgamegirl.pl.

9. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za błędne wskazanie przez Laureata adresu do korespondencji. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za niemożność przekazania nagrody Laureatowi z przyczyn zależnych od uczestnika, a zwłaszcza podania błędnego adresu.

10. Nagrodę wysyła Organizator do 5 (pięciu) dni roboczych od przesłania przez Laureata swoich danych korespondencyjnych.

  • MOnika P

    Pułapka na myszy:) Dostałam ją w wieku 7 lat na gwiazdkę co prawda, ale to była moja ulubiona gra:) Nie chce obrażać wersji obecnej, ale moja była zajebista;) Po pierwsze większa: za razem plansza jak i ilość pułapek do uruchomiania. Po drugie mocniej klimatyczna i z mocnych elementów. Oczywiście gra polegała na tym kto szybciej dotrze do mety, którą chyba był ser:) Pamiętam, że i dorośli mieli przy niej mega frajdę . „Przeżyła” u nas ok. 5 lat, a 3 lata była „na topie”:) Od roku jej szukam, ale boje sie ze tak łatw

  • Tyśka

    Moją ulubioną grą z dzieciństwa jest Scotland Yard. Można w nią grać w wiele osób i w dowolnej grupie wiekowej, dlatego często graliśmy całą rodziną. Każdy chciał być ściganym Panem X, chociaż poszukiwanie zbiega także dostarczało wielu emocji. Gra ma podobny klimat i mechanikę do wydanych niedawno „Listów z Whitechapel”. Zastanawiam się nad jej zakupem aby trochę przypomnieć sobie smak dzieciństwa :)

  • koretego

    Planszówek na stole było sporo. Był chińczyk, bingo, monopoly, scrabble i wiele innych mixów np 50 gier w 1. Pamiętam, jak wraz z bratem robiliśmy „bazę” wyłożoną kocem i poduszkami w środku + lampka i na zewnątrz obłożona kocem i zastawiona krzesłem. We dwóch graliśmy w co tylko chcieliśmy. To były początki, przynajmniej moje, zamiłowania do planszówek. Może tytułów nie pamiętam, ale pamiętam o czym były te gry. Wspinanie się po drabinach, wężach, szachy, warcaby, układanie postaci z różnych narodowości. W między czasie były jakieś kosmiczne wyścigi. Pułapki na myszy, może do końca nie pamiętam o co w nich chodziło, ale pamiętam fascynacje ich konstrukcją. Wraz z wiekiem przychodziły coraz to ambitniejsze tytuły. Monopoly, Scotland Yard, Scrabble. Te ostatnie były najgorsze. Byłem za młody i za każdym razem rodzice wygrywali. Z tych wszystkich gier, najmilej wspominam Monopoly. W pewnym momencie byłem na tyle zdeterminowany, żeby pozostać w grze, że pisałem na odwrocie jednodolarówek, ile są warte: np. 1000 dolarów. W ten sposób próbowałem jakoś prześcignąć starszego brata z nadzieją, że go ogram. Największą przyjemność sprawiała wygrana z dorosłymi bez cheatów. Potem już przyszła pora na Scrabble. Dawało radę. Wydaje mi się, że dla dzieci nie ma nic lepszego niż planszówki. One po prostu rozwijają człowieka, rozwiązywanie problemów logicznych, wymyślanie wyjść z różnych sytuacji. Taka inwestycja procentuje i daje również frajdę ;)

    Jeszcze dodam, że nie możemy się ograniczać jedynie do planszówek. Gry karciane i gry w kości dominowały jeszcze mocniej, niż planszówki. Były bardziej dostępne. Tysiąc, pan, galibartek, różne pasjanse, gra w kości. To wszystko postawiłbym na równi z planszówkami. To wszystko jest świetnym wypełnieniem dnia z najbliższymi.

  • Domi

    Dawno, dawno temu, kiedy miałam parę lat i wszystkich zanudzałam ciągłym marudzeniem: „Zagraj ze mną, no proszę…”, wówczas na stole lądowała tajemnicza zielona teczka. Teczka, która sprawiała, że świat się dla mnie zatrzymywał. Jak urzeczona czekałam, żeby już – jak najszybciej – wyjąć jej tajemniczą zawartość i znów doświadczyć magii tej chwili, kiedy postawię na polu startowym swoje autko…
    W końcu najczęściej tata niemal rytualnym gestem wyjmował planszę i oto ona – gra „ZMOTORYZOWANY KIEROWCA” w pełnej krasie!
    Gra była jedną z niewielu, którą mój tata przechowywał od czasów swojego dzieciństwa. Na dużej planszy przedstawiającej obszar Polski zaznaczona była trasa, po której poruszały się samochody mające dotrzeć do celu swojej podróży. Rzucało się kostką i postępowało zgodnie ze znakami drogowymi, które od czasu do czasu pojawiały się na różnych polach. Mogłoby się wydawać, że to zwykła „turlanka”, ale jakie były emocje, kiedy trzeba było za karę okrążać rondo, a nasz przeciwnik był już na następnym skrzyżowaniu albo kiedy stanęło się na znaku zakazu i trzeba było stać kolejkę… Dzięki „autkom” – jak nazywaliśmy grę – doświadczyłam nie tylko wielu radosnych chwil, ale także „wchłonęłam” trochę wiedzy z geografii i przepisów ruchu drogowego :-)
    Do dziś gra, która pamięta lata 70. jest u nas w domu. W zielonej teczce oczekuje, aż znów ktoś wyprawi się w Polskę małym, plastikowym autkiem. I wiecie co? Znów mam ochotę na tę sentymentalną podróż w przeszłość!

  • b.

    W moich dziecięcych zasobach znajdowało się niewiele gier: Chińczyk, Domek (nie, oczywiście, że nie ostatnia nowość od rebela, a gra, w której podczas rozkładania planszy rozkładał się domek, turlanka jak chińczyk tylko dodatkowe pola były, na których musiało się czekać, aż inny grać wyminie), samotnik, szachy, halama, bierki, chyba Karta rowerowa, gdzie poznawało się znaki drogowe, a pionkami byli rowerzyści, zwykła talia kart i na końcu moja ulubiona….. własnoręcznie wykonana wersja Monopolu. Od kiedy zobaczyłam grę, w której było coś więcej niż kostka i pionki, też taką chciałam mieć, a ponieważ brak kieszonkowego uniemożliwiał mi zakup, zabrałam się do roboty. Karton, pisaki i linijka, wszystko wyrysowane, podpisane moimi własnymi miastami. Pytajniki i karty szans z moimi „wymysłami” i rewersami kolorowanymi kredką (całe tło, każdej jednej karty). Kostki i pionki z innej gry, jako domki wykorzystane najzwyklejsze klocki konstrukcyjne. Tylko pieniądze miałam „prawdziwe”, to znaczy nie do końca, bo z notesu. Ach, zapomniałabym wszystko zapakowane w pudełko po bombonierze. Dziś tylko wspominam niezliczone godziny spędzone z rodzeństwem na podłodze, żałując, że ten egzemplarz nie zagubił się gdzieś na strychu.

  • Ola O

    Eurobusiness!!! Pamiętam te niekończące się wieczory z wielogodzinnymi rozgrywkami :) graliśmy z mamą, tatą, rodzeństwem,a nawet dziadkami. Tata zawsze był mistrzem i nigdy nie umiałam tego rozgryźć, dlaczego ciągle :) Marzyłam, ze kiedy dorosnę też będę taka dobra w Eurobusiness :) I skromnie przyznam, że rzeczywiście, udało się (jestem mistrzem negocjacyjnego etapu rozgrywki) :) Do dzisiaj pozostaje sentyment do tej gry. Przykro mi się robi, gdy widzę, jak ludzie na nią narzekają i mieszają z błotem. A przecież to na niej wychowały się miliony przyszłych zapalonych planszówkowiczów (w tym ja). Teraz mam już własną kolekcję nowoczesnych planszówek, a mimo to bardzo chętnie wracam do starego Eurobusinessu, który przypomina mi te wspaniałe chwile spędzone z rodziną, które już nigdy nie wrócą (no, chyba, że z moją przyszłą własną ;) ).

  • lalith

    Początkowo były skoczki i warcaby, bierki i pchełki (może nie planszowe, ale były;). Stare wymęczone domino też mam, teraz gramy w nie z Synkiem. Skupię się jednak nad dwoma grami, które bardzo umocniły nasze relacje rodzinne. Z radością i uśmiechem wspominam chwile spędzone z Tatą nad „Bitwą na Morzu Wiatrów”. Były to godziny, które nauczyły mnie cierpliwości i tego, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z moim planem :D No i oczywiście „Fortuna”. Kiedy Siostra podrosła, graliśmy już wszyscy, nawet Mama się dołączyła. I nadal mam te gry. Dziadek zagra kiedyś z moim Synkiem w „Bitwę…” i Malec otrzyma własną lekcję pokory ;) A w „Fortunę” zagramy wszyscy, już niedługo.

  • Aldona

    Gra mojego dzieciństwa? Pierwsza myśl? Superfarmer! Bo co jest lepszego niż własna hodowla króliczków czy owieczek? Mój egzemplarz wpadł w moje ręce właściwie zupełnie przypadkowo, nie miałam wcześniej pojęcia o istnieniu takiej gry. Była to bowiem główna nagroda w szkolnej loterii, ba, nawet zapomniałam, że wzięłam udział w jakiejś loterii.
    Od momentu zapoznania się z zawartością, odłożyłam ukochane wymęczone Monopoly w kąt i rozmnażałam zwierzątka. Oczywiście, naginałam zasady dotyczące końca gry. Gra miałaby się kończyć niby po zdobyciu po jednym zwierzątku każdego rodzaju? Dobre sobie! Im więcej zwierzątek, tym lepiej przecież! Chyba że wilk odwiedził moją farmę. Wtedy już nie było tak ciekawie… :(