Biegiem przez EsseNówki 2016, czyli pierwsze wrażenia z nowości – część II

spiel_16_logo

Przed Wami kolejna paczka krótkich opinii o grach, które przywieźliśmy z Essen Spiel 2016. Tym razem trafiło się kilka prawdziwych perełek, parę polskich akcentów i, niestety, kaszana lub dwie. Ale niech geeki nie tracą nadziei, naprawdę jest w co grać i czym się zachwycać. Jeśli nie czytaliście jeszcze poprzedniego zestawienia, to zróbcie to czym prędzej i siadajcie do drugiej części biegu przez EsseNówki, czyli wyrabianych na gorąco wstępnych opinii, pierwszy wrażeń dotyczących naszych najnowszych skarbów:

bohemian-villagesBohemian Villages

Ania: Rzadko się to zdarza, żeby gra wprowadziła mnie w takie… hmmm.. zakłopotanie. Nie mam pojęcia czemu wygrałam, dlaczego moja strategia była lepsza od pozostałych i czy taka kombinacja budynków przyniesie mi zwycięstwo i następnym razem. Po jednej partii mogę powiedzieć tyle – mam ochotę na więcej.

Kuba: Jedno z największych zaskoczeń, na jakie się nadziałem. Nie wiem, dlaczego do tej pory nie zagrałem w tę perełkę. Bardzo ciekawe manipulowani kości, zamykające się w 30 minutach, oparte o budowanie miasteczka, zbieranie punktów, zestawów. No, po prostu miodzio. Na BoardGameGeek pofrunęła od razu ocena 9/10, a ja natychmiast po zagraniu wszedłem na stronę ulubionego sklepu i złożyłem zamówienie. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto chciałby pokazywać znajomym inteligentne, szybkie i sprawne gry euro oparte na kościach. Nie wiem, jak przetrwa próbę czasu, ale wiem, że po pierwszej partii natychmiast sobie zażyczyłem następnej, co generalnie mi się nie zdarza – bardzo nie lubię grać dwa razy w ten sam tytuł jednego wieczora.

chariot-raceChariot Race

Ania: Gra wyścigowa, która bardzo spodobała się moim 9-letnim przeciwnikom. I mnie swoją drogą też. Fajnie dobrana mechanika do tematu, dużo emocji w trakcie rozgrywki i to co tygryski lubią najbardziej – silna żądza rewanżu!

Kuba: Jak dla mnie, rewelka. Szybko, brutalnie, zabawnie, a jednocześnie trzeba kombinować. Gra daje dokładnie to, co obiecuje: krótki, acz morderczy wyścig rydwanów, w którym musimy dwa razy okrążyć niewielką planszę, dbając przy okazji o to, by nasz pojazd się nie rozleciał… lub nie został rozleciany przez rywali. Rzucamy kostkami, możemy je raz przerzucić, ustawiamy prędkość, od której z kolei zależy, iloma kostkami będziemy rzucać w kolejnej rundzie. Matt Leacock, który robi gry raczej nie pode mnie (na przykład Pandemię czy Zakazaną Wyspę, stworzył tym razem naprawdę brutalnego kościanego cukiereczka. Niektórzy twierdzą, że gra jest niemożebnie brzydka i wygląda, jakby wyprodukowano ją na jarmark z okazji Dnia Ekologicznego Papieru. Ja tam nie wiem, nie zwracam uwagi na takie rzeczy. Na duży plus za to polska instrukcja, od razu zawarta przez Pegasus Spiele, czyli oryginalnego wydawcę.

colonistsThe Colonists

Kuba: Hmm. To jest kobyła. I to taka naprawdę gigantyczna. Jeśli myślicie sobie teraz „Pfff, w Pokolenia z dodatkami gram, Zimna Wojna jest dla przedszkolaków, a TTA ogarniam przed śniadaniem”, to cały czas Koloniści mogą jednak być za dużym sandboxem, nawet dla Was. Usiadłem do niego w trzy osoby – Adam Kwapiński, Andrei Novac i ja. Naprawdę nie jesteśmy nowicjuszami. Po sześciu godzinach i trzech z czterech epok postanowiliśmy nie grać czwartej (zasady przewidują taką możliwość). Andrei był raczej rozczarowany, Adam wręcz wściekły, że zmarnował tyle czasu. Mnie się w miarę podobało, choć wydaje mi się, że to raczej gra na dwie osoby. Jest to debiut autora, Tima Pulsa i, niestety, trochę to widać. Chciał stworzyć megaeuro ze wszystkim w środku. No i stworzył, pytanie, czy będzie komu w to grać?

dolinakupcow2Dolina Kupców 2

Kuba: Druga część udanej karcianki nie zaskakuje za specjalnie, ale też nie psuje dobrego wrażenia po pierwszej części. Jeśli mamy ochotę na nieco bardziej pokombinowane karty, na troszkę bardziej złożoną rozrywkę, spokojnie sięgajmy po Dolinę Kupców w nowej odsłonie. Dostaniemy tu kilka ciekawych talii, na przykład taką, która działa w kolejnych rundach (jak karty następstw w Dominionie), taką, która pozwala mieszać w taliach przeciwników, czy taką, która bardzo ułatwia wszelkie zakupy. Ilustracje trzymają cały czas wysoki poziom, a granie Sumiennymi Leniwcami pozwala dodatkowo na czytyanie efektów kart jak najwolniejszym głosem, co mnie osobiście niezmiernie bawiło. Nie wiem. Tylko. Czy. Moich. Współgraczy.

Również.

edeniaEdenia

Kuba: Oj, bolesne zderzenie z poessenową rzeczywistością. Edenia jest grą, która trochę niechcący wpadła nam do torby. Nie mieliśmy więc żadnych oczekiwań, nie skaził nas hype. Do gry podeszliśmy z otwartymi umysłami… które niestety autorzy gry przepuścili potem przez maszynkę do mielenia mięsa. Oprócz dość ładnych elementów, czyli figurek kosmicznych owieczek, które przemierzają galatykę w poszukiwaniu mitycznej planety Edenii, gra nie oferuje właściwie nic. Ciekawe wybory? Nie. Różne drogi do zwycięstwa? Y-y. Innowacyjne mechaniki? Zero. Jest losowo, dość żmudnie i niesatysfakcjonująco. A szkoda, w końcu gra wydana przez firmę odpowiedzialną między innymi za Celestię.

eternityEternity

Kuba: No i od razu przechodzimy do zdecydowanie lepszego tytułu tego samego wydawcy, czyli Blackrock Games. Tym razem mamy do czynienia z bardzo klasyczną grą karcianą, przypominającą nieco planowanie, choć mam wrażenie, że łatwiejszą, ponieważ tutaj „planujemy” liczbę zebranych lew na bieżąco. Bardzo ciekawa jest szata graficzna gry, za którą odpowiada Virginie Rapiat, artystka i ilustratorka książkowa. Dzięki jej pracy Eternity ma wyjątkowy, nieco eteryczny klimat, zwłaszcza wyczuwalny w momencie, w którym nakładamy zdobyte żetony drzew na rewersy przygotowanych przedtem półwyspów – lew, które zebraliśmy w trakcie rundy. Komu się może spodobać? Osobom, które lubią klasyczne gry karciane, tym, którzy szukają czegoś lekkiego na deser po rodzinnym obiedzie lub wreszcie komuś, kto szuka czegoś do zagrania na przykład z seniorami.

fields-of-greenFields of Green

Kuba: Rok temu z okładem zrecenzowałem na potrzeby GamesFanatic.pl wydane przez Portal Pośród Gwiazd. Była to sympatyczna wariacja na temat 7 Cudów Świata, osadzona w kosmicznej przestrzeni, z dobrze działającym wariantem dwuoosobowym. W tym roku oryginalny wydawca, greckie Artipia Games, postanowiło jeszcze raz podejść do tego samego tytułu, tym razem osadzając go w rolniczych klimatach, a przy okazji podkręcając mechanicznie. I… wyszło rewelacyjnie! Gra dużo zyskała, jest znacznie bardziej kontrolowalna, ciekawsza, regrywalna. Naprawdę ogromne zaskoczenie, bo myślałem, że już nic się nie da z tego wydusić, a tu proszę: dopiero teraz ta gra pokazuje pazur!

hanamikojiHanamikoji

Kuba: Dwuosobowa karcianka od tajwańskiego wydawnictwa EmperorS4 Games zrobiła na targach w Essen furorę, w tym również wśród polskich graczy. W czwartek można było pocztą pantoflową usłyszeć, że jest taka karcianka, którą „musisz mieć”. Gdy my dotarliśmy na to stoisko, Hanamikoji już się dawno wyprzedało. I bardzo dobrze. Miałem okazję zagrać w Hanamikoji dwie partie, które zamknęły się w trzech rozdaniach. Wszystko ładnie, pięknie, ale jak na mój gust to niedopracowana gra logiczna na kartach, w której drugi gracz ma zawsze nieco większą szanse na zwycięstwo, ponieważ kontroluje zamknięcie rozgrywki. Gra opiera się na ilościowej kontroli obszarów, więc drugi gracz na koniec rozdania musi tylko zdecydować, gdzie „dosypać”, by zwyciężać. Na plus na pewno ładne obrazki, ale to nie wystarcza do tego, by gra była naprawdę dobra.

honshuHonshu

Kuba: Cudeńko. Miodzio. Pyszności. Budujemy miasto, ale najpierw musimy powalczyć o jego elementy… zbierając lewy. Gra podrzuca mechanizm licytacji o lewy żywcem zerżnięty z tego, który znamy z Gry ze śliwką w tytule i liczbą pi w tle, ale robi to na tyle wdzięcznie, że nie ma co się oburzać. Zresztą, Lucrum, polski wydawca Śliwki zamiast się obrażać, po prostu postanowił wydać również Honshu, którym niedługo będziemy mogli się cieszyć w polskiej wersji językowej. A cieszenie w tym wypadku oznacza wybieranie kart, zagrywanie ich, ustalanie kolejności, a następnie wybieranie nowego fragmentu swojego miasta, które staramy się rozbudować tak, by dało nam jak najwięcej punktów, również w kontekście specjalnego celu, losowanego raz na grę. U mnie szybkie 9/10 i żądza kolejnych rozgrywek!

moroccoMorocco

Ania: Gra jest… hmmm… w porządku. Zagrałam dwie partie i jeśli ktoś kiedyś zaproponuje mi trzecią to raczej nie odmówię, choć z pewnością nie jest to tytuł po który sama sięgnę. Grafiki czytelne, choć nudne. Mechanika działa, ale nie porywa. Ogólnie jakoś tak szaro, buro i ponuro.

Kuba: Są takie gry, które po zagraniu budzą w nas emocje. Stawiają pytania. Zmuszają do autorefleksji. Zapadają na długo w pamięć. Morocco do takich tytułów zdecydowanie nie należy. Niby obstawiamy jakieś stragany, niby zbijamy na tym punkty, jakieś ponoć area control czy przeciąganie liny, ale tak naprawdę na planszy wieje nudą. Ponad nią niestety też. Jedyne, co jest naprawdę fajne w Morocco to wypraska w klasycznym stylu wydawcy – Eagle Gryphon Games, czyli czarna, plastikowa, z podziałem na kieszonki i z plastikowym, prześwitującym wieczkiem. No, ale jeśli po dwóch partiach w półtoragodzinne euro największy komplement spotyka wypraskę, to nie jest to chyba najlepsza rekomendacja, prawda? Zwłaszcza jeśli nikt z dwóch różnych, czteroosobowych składów, nie miał chęci zagrać ponownie.

mybrotherMy Brother

Kuba: Cóż, mam problem z oceną tego tytułu. Ta kooperacyjna karcianka opowiada o losach rodziny, która musi stawić czoła ogromnemu stresowi wywołanemu przeprowadzką do innego miasta. Tytułowy „braciszek” to syn i brat naszych bohaterów, który najtrudniej znosi tę zmianę. Do tego stopnia, że zaczyna się zamykać w sobie i oddalać od bliskich. Naszym zadaniem jest obniżanie jego stresu (oraz naszego, który wpływa na samopoczucie chłopaka). Jeszcze nie udało mi się wygrać, ale gra daje potężnego kopniaka emocjonalnego. Tylko, czy to aby na pewno jest gra, a nie wyłącznie narzędzie edukacyjne? Zdania są podzielone, a ja sam nie wiem jeszcze, ale wiem, że nie da się obok My Brother przejść obojętnie.

order-gilded-compassOrder of the Gilded Compass

Ania: Za dużo tych słów w tytule :D Nie jestem w stanie zapamiętać go zapamiętać. Dla mnie to po prostu „nowe Alea Iacta est”, tylko że większe i może trochę ładniejsze. Poziom frajdy z rozrywki jest dla mnie na podobnym poziomie – dość wysokim. Lubię to radosne rzucanie kostkami i utykanie ich na dostępne pola. Nie ma tu wielu trudnych decyzji czy mozolnego opracowywania strategii. Jest za to kombinowanie jakby tu utrudnić życie innym graczom a dla siebie zgarnąć jak najwięcej.

Kuba: Pamiętacie taką starutką gierkę Alea Iacta Est? Panowie i panie z Grey Fox Games pamiętali, bo przyjrzeli się jej, przetematowili, dodali mnóstwo nowych lokalizacji, możliwości, kombinacji i wydali jako Zakon Złoconego Kompasu. W słusznych rozmiarów pudle znajdziemy mnóstwo tektury, sporo różnokolorowych kości i bardzo czytelną instrukcję. Mechanicznie do dice placement, set collection, może trochę push your luck. Rzucamy, wybieramy kombinację, wstawiamy się na któryś z kafelków lokalizacji. W grze możemy korzystać maksymalnie z 5 lokalizacji na raz, ale do dyspozycji mamy ich 9, więc kombinacji jest sporo, a każda lokalizacja inaczej punktuje i inacze się do niej wstawia. Pozycja dobra zarówno dla szukających dobrej, ale nie megaciężkiej rozrywki, jak i dla ambitnych rodzin, które chcą poznawać nowe, ciekawe tytuły.

ragersRagers: Champions of the Arena

Ania: Ragers jest szybciuteńką grą blefu. Co robimy w grze? Zagrywamy karty, odkrywamy je i… tyle. Na koniec rundy sprawdzamy kto zgarnął więcej punktów. Pierwszą partię rozegrałam zupełnie bez pomysłu, przyznaję. Ale teraz już ten pomysł mam i z przyjemnością zabiorę się za jego realizację.

Kuba: Jedna z licznych polskich premier podczas tegorocznych targów w Essen to Ragers. Kolejna gra wydana przez Galaktę na podstawie wyników ich dorocznego konkursu dla młodych projektantów. Ragersi to prosta, dwuosobowa gra karciana, w której staramy się przewidzieć ruchy przeciwnika w dość krótkich potyczkach. Trzy rodzaje wojowników tłuką się ze sobą zgodnie z regułami papieru, nożyc i kamienia, a dodatkowo możemy zagrywać karty specjalne. Kto po trzech rundach zdobędzie więcej punktów, lub kto zdobędzie bardzo wyraźną przewagę w trakcie gry, wygrywa. Proste, szybkie, ładnie narysowane przez Tomasza Larka – w sam raz dla żądnych wrażeń chłopaków w wieku szkolnym.

rhodesRhodes

Kuba: Och, jak sucho, och jak przyjemnie. Jesteśmy sobie na wyspie, mamy stateczki, produkujemy różne dobra, zdobywamy kontrakty… A gdzie tam, tak naprawdę mamy sporo kafelków, kolorowych kosteczek, mielimy jedne i drugie tak, by dostać więcej punktów zwycięstwa niż inni. Być może i w grze jakiś klimat jest, być może nawet moi współgracze go dostrzegli. Ja dostrzegłem bardzo dobrze działający mechanizm, który na dodatek zapewnia bardzo sprawną rozgrywkę – w pięć osób skończyliśmy partię w półtorej godziny. Idealne euro na drugi lub trzeci krok.

round-houseRound House

Kuba: Dopiero jedna partia za mną i trudno mi do końca jeszcze powiedzieć „yea” lub „nay”. Widać jednak, że to zupełnie inna kultura tworzenia gier – Round House wyszedł z tej samej kuźni, która wydała wspomniane wyżej Hanamikoji – EmperorS4 Games z Tajwanu. Tym razem mamy pełnokrwiste euro z fajną implementacją worker placement z bardzo ciekawymi rozwiązaniami graficznymi (trójwymiarowa, okrągła plansza i innowacyjnym systemem punktowania. Troszkę może drażnić właśnie ta azjatycka inność, ale chyba to kwestia przyzwyczajenia. W cztery osoby grało się dość długo, prawie trzy godziny, ale jestem pewien, że to się da zbić. Podsumowując: chcę zagrać jeszcze raz, by się upewnić, że gra mi się tak spodobała, jak mi się wydaje, że mi się spodobała :D

sola-fideSola Fide: The Reformation

Kuba: Nie wiem, czy mieliście okazję grać w inne tytuły tych autorów, na przykład 1960: Making of The President albo Campaign Manager 2008. Ja miałem i liczyłem na coś naprawdę ciekawego, a dostałem niestety gorszą wersję Campaign Managera. Z ciekawym tematem – zwłaszcza dla protestantów – ale ze schrzanioną końcówką, która może się naprawdę dłużyć. Generalnie to bardzo ciekawa kontrola obszarów oparta o karty i podwójny mechanizm kontroli. Fajnym jest pomysł z draftem przed rozgrywką, ale jakoś nie jestem pewien, czy to cokolwiek może zmienić w kwestii samego feelingu z gry, który jest dość płaski i monotonny. Campaign Manager daje większe możliwości, większą różnorodność i zdecydowanie bardziej emocjonującą końcówkę.

tajniacy-obrazkiTajniacy: Obrazki

Ania: O jejku, jejku, jak fajnie! Zamiast wyrazów – obrazki! Teraz Tajniacy podobają mi się teraz jeszcze bardziej. Obrazki są odjechane i zdecydowanie bardziej działają na wyobraźnię niż sam tekst. Wywołują całą falę skojarzeń nawet wśród tych, u których z tym krucho ;) Obrazki ułatwiają też grę w międzynarodowym towarzystwie. Nie trzeba nic tłumaczyć, wszystko jest jasne na pierwszy, czasami drugi, rzut oka. Po prostu bomba!

Kuba: No cóż, Tajniaków chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Tym razem Vlaada Chvatil przygotował wersję niezależną językowo, bo zamiast tekstów mamy obrazki. I… sam nie wiem, jak dla mnie się zrobiło nagle zbyt Dixitowo i cierpiałem przy stole na syndrom „nikt nie łapie mych genialnych skojarzeń”. Osobiście wolę zostać przy wersji tekstowej, tam przynajmniej karteluszki są w miarę jednoznaczne. W obrazkach gra się robi dwa razy trudniejsza, bo nie dość, że musimy zrozumieć, co nadał szef siatki szpiegowskiej, to jeszcze musimy zobaczyć jakieś szczegóły w obrazkach na stole, co zawsze rodzi możliwość przeróżnych interpretacji. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale dla mnie zrobiło się zbyt… losowo :) Wiem, że gra jest hitem totalnym i zawsze fajnie poodcinać kupony, ale dla mnie lepszym odcinaniem byłby po prostu dodatkowy zestaw kart.

ulmUlm

Kuba: I jeszcze jedno euro, tym razem rzeka niesie nasze łodzie przez piękne miasto Ulm, w którego środku stoi przepiękna, trójwymiarowa katedra. Równie przepiękna, co kompletnie do niczego nie potrzebna, dodajmy. Serio, mamy w pudełku wielki budynek, który trzeba złożyć i postawić na środku planszy, który jest standem na stosik kafelków. Komiczne. Sama gra dość sprawna, area control z żonglowaniem akcjami i wykręcaniem punktowych kombosików. Gra się przyjemnie, cała czwórka moich mocno geekowych towarzyszy była zachwycona. Dla mnie osobiście troszkę „meh”, ale vox geekuli, vox dei.

vikingdomsVikingdoms

Kuba: Och, co za piękna katastrofa. Facet, który to zrobił, nazywa się Jozef Dorsonczky. Jest głownym designerem wydawnictwa Mind Fitness Games, odpowiedzialnego między innymi za takie logiczne cudeńka jak Six Making. Niestety, ktoś powiedział panu Jozefowi, że teraz w modzie są Wikongowie, a w ogóle jakby jeszcze dorzucił do tego set collection i kafelki, to gra byłaby ładniejsza i się lepiej sprzeda. I nagle dostajemy w pudełku dwie gry – logiczną na szachownicy, której konsekwencją (każdej wygranej minipartii) jest zbieranie setów. Czułem się jakbym grał w boxo-szachy. No nie, nie łączy się tych dyscyplin (gry logicznej i euraska), bo to się źle kończy dla jednej albo drugiej. Tutaj eurasek niestety jest na siłę, nieudolnie i po prostu fuj. Nie tym razem, panie Jozefie!

wyrocznia-delfickaWyrocznia Delficka

Ania: Fakt – przy czterech graczach dość długo czekało się na swoją kolej, ale to z kolei prowokowało rozmowy nad planszą. A – wiadomo – przy Feldzie to wcale nie jest takie oczywiste. Gra przez swój wyścigowy charakter wywołuje też sporo emocji – co przy Feldzie nie jest oczywiste jeszcze bardziej. Wyrocznia Delficka to taki nowy, dobry Feld, czyli gra dla księgowych, ale dla księgowych, którzy lubią poimprezować ;) Na pierwszy rzut oka wygląda, że dróg do zwycięstwa będzie tu wiele, więc i odkrycie ich wszystkich zajmie sporo czasu. Już wiem co będę robiła w długie, zimowe wieczory!

Kuba: Jest naprawdę nieźle. Po bardzo słabej La Isla i bardzo wymagających i zdecydowanie nie dla każdego Badaczach Głębin, do nowego tytułu Mistrza Stefana podchodziłem z dużym dystansem. Zwłaszcza po przeczytaniu zasad, w których pojawiła się… dziesięciościenna kostka. A tu proszę, fajny wyścig, sporo kombinowania, ogromna regrywalność, fajnie pozszywane mechaniki, brak sałatki punktowej… a jednocześnie czuć rękę Felda w każdym elemencie. Duży plus!