Dekalog młodego rodzica, czyli 10 zasad gry w planszówki z małym dzieckiem

dekalogKażdy nieco bardziej szalony (na punkcie planszówek, oczywiście) rodzic marzy, by móc jak najszybciej znaleźć partnera do gier w swoich dzieciach. W teorii to dość prosta sprawa. Przecież każdy maluch będzie zachwycony, jeśli rodzice będą chcieli się z nim bawić. Otóż okazuje się, że to nie zawsze tak łatwe, jak się niektórym wydaje. Sam jestem tatą, mam też bardzo często okazję oglądać innych rodziców z dziećmi podczas spotkań planszówkowych, widzę swoje i ich świetne pomysły, ale i fatalne błędy. Nie chcę tutaj nikomu nawet próbować wmówić, że pozjadałem wszystkie rozumy, ale myślę, że mogę podrzucić kilka wskazówek, które z mojego doświadczenia pomogą przy spędzeniu fajnego czasu nad planszówką z dzieckiem w wieku przedszkolnym.

Po pierwsze, nic na siłę.

Jeśli Wasz czteroletni syn chce się bawić LEGO, choć zaproponowaliście mu planszówkę, to mam złą wiadomość: bawicie się LEGO. Jeśli Wasza pięcioletnia córka zamiast kolejnej partii w Kolorowe Biedronki woli wspólnie porysować, chwytajcie za kredki. Żadna, nawet najfajniejsza zabawa nie będzie cieszyć, jeśli będzie wciskać dziecku planszę w gardło.

Oczywiście, możemy próbować negocjacji: pokolorujemy razem, jeśli potem zagramy w planszówkę. W końcu obie strony powinny mieć trochę frajdy, nie? Jednak jeśli spotkamy się ze zdecydowanym oporem – trudno się mówi, dzisiaj nici z grania.

Po drugie, mierz siły dziecka na swoje zamiary.

Jeśli chcesz pograć z czteroletnim przedszkolakiem i wrzucisz na stół Cywilizację: Poprzez Wieki, to jest drobna szansa, że gra nie dojdzie do skutku. Każde dziecko rozwija się mniej więcej w podobnych fazach, jeśli chodzi o zdolność długofalowego skupienia, umiejętność kojarzenia, dodawanie, logiczne myślenie. Dostosuj grę do wieku swojego dziecka, ewentualnie zawieszając poprzeczkę odrobinę wyżej. Ja ostatnio z czterolatką grywam notorycznie w Celestię, wyjmuję tylko karty specjalne i punkty trzymamy jawnie, żebym mógł liczyć dla nas obojga. Dzięki takiemu delikatnemu zawyżaniu pchamy dziecko w kierunku rozwijania swoich zdolności, a jednocześnie mamy ogromną satysfakcję jako rodzice. Tylko serio, bez przeginek. Na Zamki Burgundii będę musiał jeszcze poczekać.

Po trzecie, doceniaj swoje dziecko.

Twoje dziecko jest najmądrzejsze na świecie. I najlepsze. I w ogóle naj. A na pewno musi słyszeć to od Ciebie. Najlepiej codziennie. Gdy na spotkaniu z planszówkami wyciągam jakiś tytuł dla dzieciaków i słyszę, jak ich rodzic mówi „nie no, z tym sobie nie dacie rady, lepiej zagrajmy w coś prostszego”, to mam ochotę trzymanym w ręku pudełkiem wygrzmocić go po głowie. Doceniaj swoje dziecko, wierz w nie, szanuj je. To, że masz mu nie dawać zbyt wymagających zadań, nie oznacza, że masz je traktować jak głupka. Bo jak będziesz to robić, w końcu w uwierzy, że jest głupkiem.

Po czwarte, naucz przegrywać.

Granie w gry planszowe w większości przypadków kończy się przegraną. Taki to już urok sytuacji, w której na przykład cztery osoby siedzą przy stole. Żeby jedna osoba mogła wygrać, trzy muszą przegrać. Nasze dzieci najlepiej uczą się poprzez naśladownictwo, dlatego bardzo ważna jest nasza reakcja, gdy to nam zdarzy się przegrać. Jeśli się zirytujemy, „bo dzieciak nam dokopał” albo nie daj Bóg wpadnie nam do głowy obrazić się i nie zagrać kolejnej partii z powodu przegranej, to na efekty tej edukacji nie trzeba będzie długo czekać. Jeśli przegrasz ze swoim dzieckiem, to jest to powód do gigantycznej radości! Oto rośnie Ci godny przeciwnik do Agricoli, Wojny o Pierścień czy Zimnej Wojny! Pogratuluj wygranej, przytul, pochwal, wyraź dumę i szacunek. Serio, to bardzo ważne i budujące, nie zapominaj o tym.

Po piąte, daj czasem szansę.

W żadnym wypadku nie namawiam do podkładania się. Mój przyjaciel nauczył mnie kiedyś, że jedynym sposobem na stuprocentowe uniemożliwienie komuś wygranej jest podłożenie się. To nie przeciwnik wtedy wygrywa, tylko Ty przegrywasz. Fuj. Ale, czasem możemy sobie pozwolić na niewykorzystanie idealnej strategii wygrywającej i skatowanie dzieciaka 100 do zera na torze punktacji. Popróbuj nowych taktyk w Pędzących Żółwiach, wykonaj losowy, nieszablonowy ruch w Aaarr. W grach, które na to pozwalają (np. Arka Zwierzaków) Ty graj na trudniejszym poziomie. Radość wygrywania to morze endorfin, które dobrze „zakodują” się w mózgu dziecka w połączeniu z grami planszowymi. Wierz mi, chcesz tego :)

Po szóste, kooperuj.

Naprawdę bardzo nie lubię gier kooperacyjnych. Są dla mnie pozbawione emocji, nie ma z kim wygrać i generalnie są nudne (z pewnymi wyjątkami, ale przyjmijmy to jako zasadę ogólną). Jednak dla mojej córki jedną z najwspanialszych gier na świecie są Kolorowe Biedronki. Razem staramy się jak najszybciej poprzebierać te boże krówki i wysłać je na bal prędzej od mrówek. Dziecko czerpie ogromną frajdę z robienia czegoś razem z rodzicem, a w grach kooperacyjnych jest to nasza wspólna walka, zawsze kończąca się wypiekami na policzkach i pełnym ulgi westchnieniem, że udało się nam pokonać grę. Dodatkowo, choć to tak naprawdę najważniejsze, takie gry silnie budują więzi pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Po prostu bardziej się kochacie.

Po siódme, podgrzewaj emocje.

Koncentracja przedszkolaka jest jak mały, dziki źrebaczek. Chwila nieuwagi i poooszło w las. Najlepszym magnesem na uwagę dziecka są emocje. Coś się musi dziać. „Ciekawe, czy tym razem uda się nam pokonać mrówki”. „Ha, piracie, dzisiaj na pewno zatopię Twój statek!”. „O nie, czy damy radę? Złap mnie za rękę, bo się boję!”. To oczywiście tylko przykłady, które należy dostosować do wrażliwości swojego dziecka, ale każda forma dodatkowego „zbodźcowania” malucha podczas rozgrywki znowu – dorzuca trochę endorfin albo adrenaliny, co z kolei przekłada się na pozytywne skojarzenia z planszówkami.

Po ósme, nie odmawiaj gry.

Skoro już wpajasz w swoje dziecko pasję do grania, to nie dziw się, kiedy prosi Cię, żebyście w coś razem zagrali. Nie mówię, że masz zrywać się do partii o każdej porze dnia i nocy, ale jeśli to Wasz czas na wspólną zabawę i pada prośba o grę, to po prostu nie wolno Ci odmówić. Niech Twoje dziecko wybierze w co zagracie, a jeśli nie umie, to zaproponuj coś i grajcie. Zaszczepisz w ten sposób w dziecku przekonanie, że planszówki to coś fajnego, coś, co zawsze może być dobrą zabawą dla Was obojga. Będzie wiedziało, że chcąc spędzić z Tobą czas, może zaproponować jakąś grę i wtedy Twój czas ma „gwarantowany”.

Po dziewiąte, edukuj.

Nawet jeśli już po raz piętnasty gracie w „Śpiące królewny”, to sześciolatek ma prawo zapomnieć jakąś zasadę. Nie denerwuj się, tylko cierpliwie przypomnij odpowiednią regułę i ucz przestrzegania zasad. Gra to zestaw reguł i elementów, które składają się na wspólną zabawę, ale trzeba przestrzegać zasad, by miała sens. To bardzo ważna lekcja, która przyda się dziecku w przyszłym życiu, w szkole czy w kontaktach z rówieśnikami. Tak samo ważne jest nauczenie dziecka szacunku do elementów gry. Z chowania ich do pudełka można zrobić kolejny etap zabawy, jednocześnie ucząc pilnowania porządku.

Po dziesiąte, pamiętaj, że to tylko zabawa.

To przecież malutkie dziecko. Mimo wszystkich wskazówek i zasad, może się znudzić albo zdekoncentrować i to nie jest jego wina, tylko cecha. Jeśli w połowie gry postanowi koniecznie zmienić zasady albo wręcz użyć gry do jakiejś zabawy, to pozwól mu na to. W końcu chodzi o wspólne spędzenie czasu. Oczywiście, fajniej byłoby dograć grę do końca i to zgodnie z zasadami (patrz poprzedni punkt), ale przecież to zawsze możecie zrobić przy kolejnej partii. A najważniejsze jest odejście od stołu razem i z uśmiechem. Bez względu na to, czym został wywołany.

  • W sytuacji, gdy dziecko woli Lego, zawsze można zrobic planszówkę z lego. Wypustki da się liczyć, są ludziki, można wziąć kostkę i tylko fantazja stoi na przeszkodzie. A dzieci kochają testować nowe gry, szczególnie takie, które wymyślił tata. I na dodatek z Lego! :)

    • Kuba

      Rewelacyjny pomysł! Dzisiaj stestuję :)

  • Pingback: Duże gry w małych dłoniach – część 1 | Gra warta świeczki()